122

396
103
83
Publiczne serwery głosowe Sygnatury Jaka jest twoja historia? Generator buildów Luna Atra Pobierz Klienta Gry Wymagania sprzętowe GW2
{https://account.arena.net/register?alt=gw2} Sygnatury Oferta Domen Publiczne serwery głosowe

DUCHY ASKALONU

Matt Forbeck i Jeff Grubb

Spis treści

Rozdział Pierwszy

Rozdział Drugi

Rozdział Trzeci

Rozdział Czwarty

Rozdział Piąty


1

Przez lata Dougal Keane wypracował sobie jedną zasadę: nigdy nie chodź na misję z ludźmi, których lubisz. Gdyby go przycisnąć, mógłby ją zmodyfikować: nie chodź na misje z ludźmi, których śmierci byłoby ci szkoda. A teraz, w głębinach krypt pod Boską Przestrzenią dostał dokładnie to, czego sobie życzył. Bardzo stanowczo nie lubił swoich kompanów i nie podobało mu się zadanie. Jednak w tej chwili najbardziej ze wszystkiego miał dość panującego w kryptach dławiącego upału.

Parne lato duszące Boską Przestrzeń nad nimi wdarło się głęboko do wnętrza katakumb, ogniąc się niczym ukryta rana. Dominujące wiatry, owiewające wejścia do cmentarnych tuneli na ścianie urwiska, mogły unosić smród rozkładu z dala od miasta, ale wewnątrz splątanych korytarzy krypt Dougal w żaden sposób nie potrafił przed nim uciec. Ludzie chowali tu swoich zmarłych jeszcze w czasach przed założeniem nowej stolicy Kryty i mężczyzna mógłby przysiąc, że czuje woń każdego z nich.

Wyprawa zawiodła ich do części katakumb, z której istnienia Dougal dotąd nawet nie zdawał sobie sprawy. Przy każdym rozwidleniu korytarzy Clagg przyglądał się swojej świecącej mapie, po czym wybierał rzadziej używane przejście. Gładkie, wypolerowane kamienne płyty Bramy Czaszki w Boskiej Przestrzeni ustąpiły mniej używanym przejściom, a w końcu salom i korytarzom, których nie odwiedzano od czasu, gdy całe stulecia przed założeniem miasta na górze pozostawiano tam zmarłych do mumifikacji.

Mimo wszystko, wędrując do przodu i miażdżąc butami na pył kruche fragmenty kości wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów, Dougal przekonywał sam siebie, że krypty nie są aż tak złe jak niektóre odwiedzone przez niego miejsca. Na przykład zrujnowane świątynie lasu Caledon albo Krwawe Wybrzeże z plażami pełnymi drgających, złowrogich trupów.

Albo Askalon. Nigdzie nie było tak źle jak w Askalonie.

Dougal zatrzymał się i podrapał po szczecinie na brodzie, przyglądając się usłanemu kośćmi korytarzowi przed sobą. Przejście otwierało się na szeroką komorę rozciągającą się poza zasięg światła jego pochodni. Tam nie było kości.

Nie podobało mu się to.

Gestem zasygnalizował zatrzymanie, a jego towarzysze – sylvari, norn i niesiony przez golema asura, który zatrudnił resztę grupy – zatrzymali się tuż za nim.

– Co jest? – warknął Clagg. Asura był skory do złości już przy pierwszym spotkaniu, a duszne, dławiące powietrze w grobowcach zdecydowanie nie poprawiło mu humoru.

Rasa Clagga wyłoniła się z wnętrzności świata ponad dwa wieki temu, będąc zwiastunem nadchodzących zmian samej natury Tyrii. Był to niski ludek z przesadnie dużymi, elipsoidalnymi głowami o płaskich twarzach, rozciągniętych dodatkowo na boki przez długie uszy, w przypadku Clagga nieco obwisłe. Ich skóra przybierała różne odcienie szarości, a duże oczy wyraźnie wskazywały na przystosowanie do życia w oświet­lonych przez magię jaskiniach. Asurowie przybyli na powierzchnię świata nie tyle jako uchodźcy, co osadnicy, pewni swojej intelektualnej i magicznej przewagi nad każdą spotkaną rasą. Dougal musiał też przyznać, że zazwyczaj mieli rację. Clagg siedział wygodnie w uprzęży zamocowanej na piersi swojego golema, arcydzieła z wypolerowanego i pomalowanego kamienia oraz dopasowanych taśm z brązu. Kończyny tego bezgłowego, kanciastego stwora poruszały się dzięki stawom z jarzących się na niebiesko magicznych klejnotów, wiążących poszczególne części bez fizycznego ich połączenia. Cały konstrukt funkcjonował dzięki magii, której potęga budziła u Dougala uczucie lekiego niepokoju. Duży, kanciasty kryształ umieszczony między rzeźbionymi ramionami golema służył zarówno za oczy, jak i uszy konstruktu. Nieustannie obracał się w gnieździe, przeszukując otoczenie.

Clagg nazywał golema Łamaczem i wydawał się bardziej przejmować nim niż losem pozostałych członków wyprawy.

– Pytałem, co jest? – ponownie warknął asura, błyskając w złości podobnymi do rekinich zębami. Dougal rzadko widywał uśmiech na twarzy asury, ale też nigdy nie czuł się wtedy uspokojony.

– Coś tu nie gra – stwierdził mężczyzna, nie podnosząc głosu.

– Ludzie – burknęła Gyda Oddsdottir, potrząsając głową. Głośno zadzwoniły przy tym wplecione w jej długi, złoty warkocz wojowniczki srebrne dzwoneczki z sań. – Zawsze marudzą zamiast coś zrobić.

– Z głośnym huknięciem postawiła przed sobą olbrzymi młot, zgniatając na pył starą czaszkę.

Dougal skrzywił się, nie z powodu jej słów, a hałasu. Obwieszona bronią trzymetrowa nornijka ciężko kroczyła przez korytarze, robiąc więcej hałasu niż golem asury. Córka odleg­łych, ośnieżonych Dreszczogór nie przejmowała się tym, kto słyszy jej kroki: chciała, by przeciwnicy wiedzieli, że nadchodzi. W upale panującym pod ziemią jej mocno wytatuowana skóra lśniła grubą warstwą potu.

Przodkowie Gydy również byli uciekinierami, uchodzącymi przed mocą jednego z wielkich Starożytnych Smoków z północy. Nornowie byli zdrowym, silnym i dumnym ludem, łatwo wpadającym w złość i równie skłonnym do wybaczania. Od czasu opuszczenia Ebonhawke Dougal spotykał już dobrych i złych nornów. Ci dobrzy każdy dzień traktowali jak przygodę, każdy problem jak wyzwanie, a każdego przeciwnika jak okazję do zdobycia chwały. Większość ludzi nie rozumiała, jak groźne mogły być mroczne zakamarki świata – nornowie badali je z lubością.

Niestety, Gyda zdecydowanie należała do tej drugiej kategorii nornów: chełpliwych, krytykanckich i nieprzyjemnych dla wszystkich wokoło. Nieustannie zastraszała i obrażała każdego w swoim otoczeniu, jakby każde cudze osiągnięcie umniejszało jej zasługi. Dougalowi nie podobał się też jej uśmiech.

– Podłoga. Jest zbyt czysta – Dougal zwrócił się do Clagga, myśląc przy tym o Gydzie – Żadnych kości. Nikogo tu nie pogrzebano.

– A to oznacza pułapkę – odezwała się łagodnym, melodyjnym głosem sylvari Killeen, ostatni członek ich grupy.

Złodziej kiwnął głową. Nekromantka sylvari była prawdopodobnie najmilszym członkiem ich niedobranej ekipy, nawet uwzględniając jego samego. Niższa od większości ludzi, ale nie tak drobna jak asura, skórę miała jaskrawozieloną, a włosy bardziej przypominały liście jakiegoś sukulenta niż ozdobę głowy ludzkiej kobiety. Przy każdym ruchu unosił się wokół niej złoty pyłek.

Dougal zdawał sobie sprawę, że jej człekokształtny wygląd nie oddaje prawdy. Killeen i inni członkowie jej rasy rodzili się w pełni ukształtowani jako owoce rosnącego daleko na południu wielkiego drzewa o białej korze. Jej ciało nie emanowało zwierzęcym ciepłem. Sylvari stanowili nowy dodatek do świata – cała ich rasa była niewiele starsza od samego Dougala – ale już rozprzestrzenili się po wszystkich krainach niczym niesione wiatrem dmuchawce. Killeen stanowiła ucieleśnienie wszystkich cech swego ludu: szczera, bezpośrednia i skupiona. Pod wieloma względami była lepsza od większości ludzi.

I może właśnie to sprawiało, że Dougal czuł się przy niej nieswojo.

Choć Killeen potraktowała stwierdzenie mężczyzny bardzo poważnie, Gyda tylko prychnęła.

– Myślę, że po prostu próbujesz opóźnić nasze dotarcie do celu.

– Jak myślisz, co mogłoby ją aktywować? – zapytała sylvari, ignorując Gydę.

– Raczej nie hałas. – Dougal zerknął na nornijkę. – Może wibracje albo nacisk.

– Człowiek zapewne ma rację – zgodził się siedzący we względnym bezpieczeństwie opancerzonej uprzęży Clagg. – Pewnie nawet ślepemu górnikowi czasem trafi się diament.

Asura zaczął grzebać przy rzędzie kryształów zamocowanych w uprzęży przed nim, po czym kiwnął głową.

– Ach, tak. Jest. Prymitywne, ale skuteczne.

– Co to jest? – Dougalowi nie podobało się, że musiał zadać to pytanie. Wiedział, że asura szukał kolejnej okazji, by móc wykazać swoją wyższość i geniusz. W mniemaniu asurów inne rasy istniały głównie w celu dźwigania ciężarów, ryzykowania i zadawania głupich pytań.

– Gdyby ktoś z nas był na tyle głupi, by wejść do tej sali – stwierdził Clagg, cedząc każdą sylabę – wyzwoliłoby to zabójczą eksplozję, która zabiłaby wszystkich w środku.

Gyda warknęła, jakby nie mógł jej zatrzymać żaden wybuch, magiczny czy nie. Jednak Dougal zauważył, że stopy nornijki mimo wszystko nie ruszyły się z miejsca.

– Jeśli to pułapka, to czy Dougal może ją unieszkodliwić? – zapytała Killeen. – Czy nie po to właśnie go zatrudniłeś?

Z ust każdego z pozostałych takie stwierdzenie zabrzmiałoby jak przepełnione sarkazmem i żółcią, jednak sylvari mówiła z całkowitą szczerością i przekonaniem. I faktycznie, powodem, dla którego brał udział w tej wyprawie, była jego wiedza. Dotycząca pułapek. Historii. Tego, jakim świat był kiedyś.

– Zatrudnił mnie ze względu na moje doświadczenie w odzyskiwaniu potężnych artefaktów – stwierdził Dougal.

– Czyli okradaniu grobów. – Gyda zaśmiała się gardłowo.

Dougal ją zignorował.

– Czy ktoś ma coś pożytecznego do dodania? – zapytał.

– Komentarz liściogłowej pozostaje w mocy – stwierdził Clagg, sztywny jak nauczyciel. – Dlatego właśnie zabraliśmy cię ze sobą, człowieku. Wiemy, że tam jest pułapka. Zajmij się nią.

Dougal się schylił i podniósł czaszkę, próbując nie myśleć o niej jako o czymś należącym do przodka. Wycelował w miejsce mniej więcej na środku sali, po czym dotknął na szczęście noszonego pod koszulą medalionu. Potem zamachnął się i rzucił czaszkę do sali.

Nic się nie stało. Rzucił kolejną, w inne miejsce. Znowu nic. Spróbował z trzecią.

Widząc nieskuteczność jego wysiłków, Gyda przewróciła oczami i złożyła ręce na piersi, demonstrując zniecierpliwienie. Clagg potrząsnął głową, jakby Dougal był niedorozwiniętym dzieckiem.

– Nie aktywuje jej hałas – stwierdził Dougal – ani wibracje. To pozostaje tylko nacisk. Powinniśmy tam posłać coś ciężkiego. – Popatrzył na Gydę.

– Nie będę za ciebie eksperymentować – warknęła cicho nornijka, pochmurniejąc.

– W takim razie golem – zasugerował Dougal.

– Odpuść sobie takie propozycje – obruszył się Clagg. – Nie po to tworzyłem Łamacza od zera, żeby patrzeć, jak coś go wysadza. To twój problem, człowieku.

– Bardziej przejmujesz się tym chodzącym pomnikiem, niż nami – zauważyła Gyda.

– Nieprawda – odpowiedział asura. – Po prostu w was zainwestowałem znacznie mniej niż w niego.

– Może ja będę mogła pomóc. – Killeen się rozpromieniła, a w jej oczach pojawiły się zielone iskierki.

Sylvari wysunęła podbródek i skoncetrowała się na kościach zaścielających lewą stronę korytarza, po czym rękami i palcami wykreśliła w powietrzu skomplikowany wzór, wymawiając przy tym słowa, od których Dougala rozbolała głowa. W ścianie kości pojawił się zielonkawy blask, skupiając się wokół sterty szczątków wielkości człowieka.

Na oczach Dougala kości oderwały się od ściany i podłogi, łacząc się w pełny szkielet, utrzymywany w całości nie przez ścięgna, a przez intensywnie zielony blask. Prawa strona czaszki była wgnieciona, brakowało też dolnej szczęki i części prawej ręki, kończącej się dwoma ostrymi kawałkami kości. Ożywiony szkielet stanął przed nimi niczym służący prezentujący się przełożonym.

Dougal zadrżał na widok pełnego satysfakcji uśmiechu, jakim obdarzyła stwora Killeen. Wykonała kolejny gest, a szkielet potruchtał wokół nich i ruszył korytarzem w stronę pustej sali.

Mężczyzna zerknął na pokryty kośćmi sufit i przypomniał sobie, że gdzieś tam, za warstwami szczątków musiała być również ziemia i skały, że nie wędrowali po prostu przez tunel wyryty w górze samych kości.

– Poczekaj – powiedział, sięgając w stronę Killeen uśmiechającej się na widok wędrówki stworzonego przez siebie nieumarłego. – Powinniśmy się cofnąć i...

Jego słowa zagłuszył wybuch. Ożywiony szkielet zniknął w chmurze ognia i dymu.

Dougal skulił się i rękami osłonił głowę przed spadającym na niego deszczem odłamków kości, odbijających się i z grzechotem uderzających o podłogę. Jeden z kawałków ich ożywionego pomocnika niczym kieł upiora wbił się w grubą skórzaną bluzę Dougala.

Złodziej wstał i zobaczył, jak Clagg, zagryzając wargi, zagląda do jaskini.

– Prymitywne – rzucił asura. – Ale skuteczne.

Gyda przepchnęła się obok Dougala i roześmiała się. Po wejściu do jaskini wyszczerzyła się na widok śladu spalenizny w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał szkielet.

– Dobra robota, zieleninko – rzuciła do Killeen. – Przynajmniej ty zarabiasz na swoją wypłatę.

Dougal skrzywił się na zasugerowaną obelgę.

– Musimy się pospieszyć – zwrócił się do całej grupy. – Pułapka może się ładować całe dnie, albo tylko minuty. Równie dobrze mogła być jednorazowego użytku, ale nie sposób tego stwierdzić.

Gyda roześmiała się w głos.

– Chciał powiedzieć „dziękuję za odwalenie mojej roboty”.

Policzki Killeen przybrały ciemniejszy odcień zieleni.

– Przyjmij moje przeprosiny – odezwała się do Dougala. – Nie chciałam wpychać się przed ciebie. Ale usunęłam pułapkę, nikogo nie krzywdząc.

Dougal się skrzywił. Nie wątpił, że jej przeprosiny były szczere, ale przez nie poczuł się jeszcze gorzej.

– Mogłaś nas ostrzec – powiedział, być może nie tak uprzejmie jak powinien – albo dać chwilę na cofnięcie się ze strefy wybuchu. W ten sposób mogłaś nam zwalić na głowy cały sufit.

– Rozumiem – Killeen odpowiedziała po chwili namysłu. – Nie chciałam narażać naszej wyprawy.

– Oczywiście, że nie – zgodził się Dougal, czując wyrzuty sumienia za zbesztanie jej. Wbrew sobie nie mógł się nie cieszyć jej szczerością.

– Może to z powodu uroku tego miejsca – powiedziała syl­vari, ponownie unosząc podbródek. – To fascynujące. Dla mojego ludu śmierć jest nieodłączną częścią życia. Czcimy ją w pełni, nawet jej najmroczniejsze aspekty. Choć nie do końca ją rozumiemy... jeszcze. – Rozejrzała się po jaskini, z szeroko otwartymi oczami. – Zresztą, mimo wszystko nigdy nie wybudowalibyśmy jej takiego pomnika.

– To nie pomnik dla zmarłych, raczej świadectwo dla tych, którzy przeżyli – łagodnie poprawił ją Dougal. Poczuł, jak z wolna ustępuje jego irytacja – przynajmniej względem niej.

– Chodźmy. – Potem, podnosząc głos do pozostałych, dodał: – Musimy bardziej uważać. Możemy się natknąć na więcej tego rodzaju pułapek.

– Straszna z ciebie maruda, człowieku – prychnęła Gyda. – Moja prababcia Ulrika nie wahałaby się tak bardzo jak ty, a ona nie żyje już od siedmiu lat. – Kopnęła stertę kości i uniosła w górę pochodnię. – Za bardzo się przejmujesz. Co to za życie bez ryzyka?

– Niewątpliwie dłuższe – odpowiedział Dougal.

Ruszył za nornijką maszerującą przez pomieszczenie z pułapką do korytarzy leżących dalej. Zdarzało mu się już pracować z nornami. Na wiele sposobów byli wyjątkowo wielkoduszni, ale nornijscy dranie byli dokładnie tacy sami, jak dranie innych ras. Przechwałki Gydy miały po prostu zamaskować jakieś jej braki. Jednak pomimo wszystko Dougal wolał nie wspominać o jej wcześniejszych oporach przed wchodzeniem do sali z pułapką.

– Phi. Takie życie tylko wydaje się trwać dłużej, niczym jedzenie bez smaku – odcięła się Gyda. Idąc za nią, Dougal zauważył, że powietrze zrobiło się odrobinę chłodniejsze. Gdy dotarli do następnego pomieszczenia, oboje z nornijką wyżej unieśli pochodnie. W ich świetle zobaczyli coś gęstego i szarego, zwisającego między kośćmi u szczytu wysoko sklepionego sufitu pomieszczenia.

Dougal uniósł rękę, by osłonić oczy przed blaskiem pochodni i uważniej przyjrzeć się substancji. W pierwszej chwili pomyślał, że to zwisający mech, ale nagle zrozumiał, na co patrzy.

Pajęczyny.

Zaklął. Krzyknął ostrzegawczo, ale jego słowa zostały stłumione przez dobiegający zza pleców piskliwy krzyk Killeen. Odwrócił się na pięcie akurat na czas, by zobaczyć, jak sylvari znika w dziurze w ziemi.