122

396
103
83
Publiczne serwery głosowe Sygnatury Jaka jest twoja historia? Generator buildów Luna Atra Pobierz Klienta Gry Wymagania sprzętowe GW2
{https://account.arena.net/register?alt=gw2} Sygnatury Oferta Domen Publiczne serwery głosowe

DUCHY ASKALONU

Matt Forbeck i Jeff Grubb

Spis treści

Rozdział Pierwszy

Rozdział Drugi

Rozdział Trzeci

Rozdział Czwarty

Rozdział Piąty


4

W szoku Dougal zapomniał o linie owiniętej wokół nadgarstka do chwili, aż ta napięła się i niemal wyrwała mu rękę z barku. Masa golema na drugim końcu liny pociągnęła go przez falującą podłogę wprost do dziury wielkości Łamacza. Sunąc po granitowych płytach, Dougal wyciągnął nogi przed siebie, próbując zaczepić się piętami o jakąkolwiek nierówność.

Usłyszał potężny, donośny trzask wstrząsający podłożem dokładnie w chwili, gdy podeszwy jego butów zaczepiły się o krawędź jednej z klinowych płyt podłogi. Wstrząs sprawił, że płyta pod stopami Dougala ustąpiła i otwarła się pod nim nowa otchłań. Przez chwilę chwiał się na jej brzegu, po czym poleciał plecami w mroczną przepaść.

Przeleciał tylko jakieś sześć metrów, zanim sznur się napiął. Ponownie poczuł silny ból z szarpniętego, rozciągniętego ramienia. Zakołysał się gwałtownie, zawieszony na brzegu otworu w podłodze powyżej. Lina rozciągała się prosto do góry, przewieszona przez kilka pokrytych kośćmi płyt podłogi, które jeszcze nie ustąpiły, a potem biegła z powrotem przez pierwszą dziurę do miejsca, w którym na dnie zakotwiczył ją Łamacz.

Kołyszący się niczym wahadło Dougal popatrzył w dół. Przez gęsty pył zauważył poblask klejnotów magicznych motywatorów Łamacza ruszających się w próbie dźwignięcia konstruktu na nogi. Zobaczył asurę uderzającego pięściami w brzeg swojej uprzęży.

– Nie powinienem był wybierać siły kosztem prędkości! – krzyknął Clagg. – W górę, Łamaczu! Już!

W miarę jak zwalniało szaleńcze początkowo kołysanie liny, Dougal zaczął się wspinać w stronę podłogi w górze i zdał sobie sprawę, że jest pokryty grubymi, starymi pajęczynami, na szczęście już dawno porzuconymi. Wypełniały dolne pomieszczenie od ściany do ściany. To przez nie widział tak niewyraźnie. Musiały zostać utkane w ciągu wielu dziesięcioleci przez pająki żyjące pod podłogą krypty, zapewne przodków pająka z zapadni, który ukąsił Killeen.

Dougal zrozumiał wtedy wreszcie, co się stało. Blimm zaprojektował podłogę swojej krypty w taki sposób, by ustąpiła pod jakimkolwiek większym naciskiem – na przykład pod ciężko uderzającymi o nią stopami złodzieja uciekającego przed gigantycznym strażnikiem grobowca – ale olbrzymia ilość pajęczyn rozciągniętych pod podłogą bardzo ją wzmocniła. Umożliwiło to utrzymanie znacznie większej masy, niż planował Blimm – aż do chwili, gdy osłabiła ją Gyda, a Łamacz ostatecznie przeważył szalę.

Analityczna część umysłu Dougala podziwiała konstrukcję pułapki. Pierwotnie Blimm zapewne planował, że ofiary jego pułapki spadną do dolnej komory, w której strażnik grobowca nie miałby problemu z ich pokonaniem. Dougal podejrzewał, że sarkofag na środku sali jest wsparty na kolumnie, przez co unikał losu ofiary, jednak w ciemności nie był w stanie tego sprawdzić.

Pozostała część umysłu Dougala skupiła się na przetrwaniu – ostrożnie podciągał się po linie do góry, w stronę pozostałości podłogi.

Coś w górze zadudniło i cała sala się zatrzęsła, razem z podłogą falującą nad spoiwem porzuconych pajęczych sieci.

Dougal zdążył tylko zakląć. Gyda wraz ze strażnikiem grobowca przebili podłogę w pobliżu podwyższenia. Do komory wpadło więcej światła, odsłaniając centralną kolumnę, bezpieczną, stabilną i całkowicie poza zasięgiem. Spadając do komory, Gyda ryknęła triumfalnie, wbijając ostatnim ciosem młota strażnika grobowca prosto przez podłogę pod ich stopami. Wylądowała z impetem na kościanym golemie, którego rozrzucone kawałki natychmiast zaczęły się odtwarzać.

– Oto – ryknęła Gyda, chwiejnie podnosząc się na nogi, znowu gotowa do walki – bitwa godna norna! – Wyglądała na zmęczoną, ale nadal pełną entuzjazmu.

Dougal nie zatrzymał się, by oglądać, co będzie się działo dalej. Zamiast tego wspinał się po linie najszybciej, jak potrafił. Błyskawicznie dotarł do podłogi górnego pomieszczenia i wciągnął się na jej powierzchnię. Z tego miejsca zaczął pełz­nąć w stronę wyjścia z sali, mając nadzieję, że pozostając na czworakach rozłoży swój ciężar na tyle, by nie przebić ponownie podłoża.

Mijając dziurę wybitą przez Łamacza, Dougal dotarł do progu drzwi, który wydawał się stabilny. Dopiero wtedy poluzował linę, która boleśnie wgryzła mu się w nadgarstek.

Mózg Dougala – jego analityczna część podziwiająca mistrzostwo pułapki, która niemal go zabiła – powiedział mu, że czas uciekać. Miał już to, po co tu przyszli i był bezpieczny. Mógł spokojnie znaleźć innego asurę, który będzie gotów kupić Oko Golema i zachować dla siebie cały zysk. Pozostawanie tu choćby chwilę dłużej oznaczało ryzykowanie śmiercią.

Nornijka i tak była nieznośna, asura go obrażał, a sylvari...

Sylvari. Dougal zastanawiał się nad tym tylko chwilę, słysząc, jak uderzenia młota Gydy padają coraz rzadziej i z coraz mniejszą siłą. Zaklął i wymamrotał coś o niechodzeniu na misje z ludźmi, których śmierci byłoby szkoda.

– Jestem tu, przy wejściu! – krzyknął, nachylając się nad krawędzią dziury. – Chodźcie!

Nagle lina została wyszarpnięta z ręki Dougala, a Łamacz ponownie się wywrócił. Dougal zdołał złapać linę zanim mu uciekła, ale zamiast dać się ściągnąć z powrotem do dolnej komory, pozwolił jej przesuwać się przez dłonie.

– Trzymaj się, Clagg! – krzyknął Dougal, mając nadzieję, że asura na drugim końcu liny wciąż żyje. – Mogę cię wyciągnąć. Trzymam koniec liny!

– Są strzaskane! – załkał Clagg. – Piękne nogi mojego Łamacza. Osobiście je wyrzeźbiłem. Zniszczone!

– Zapomnij o golemie! – zawołał Dougal. – Odetnij twój koniec liny, to wyciągnę na górę ciebie i Killeen!

– Dobra, dobra – odkrzyknął Clagg marudnie, jakby przypominał sobie o szczegółach swojego podstawowego planu. – Odetnę linę, a ty mnie wyciągniesz. W bezpieczne miejsce.

– Killeen też!

– Ona zginęła – odpowiedział Clagg. – Musiała zginąć.

– Nie, wcale nie – słabo odezwała się Killeen. – Tylko nie potrafię się uwolnić z tych taśm!

– Odetnij ją! – zapytał Dougal.

– Nie! – odkrzyknął histerycznie Clagg. – Nie ma czasu!

Z drugiej strony dolnej komory rozległ się trzask i tym razem Gyda krzyknęła z bólu. Potem Dougal usłyszał ponowne uderzenia jej młota, nawet szybsze niż poprzednio.

– Odetnij Killeen, a wyciągnę was oboje! – Dougal potrząsnął pięścią, w której trzymał linę, a Clagg warknął. – Zrób to albo rzucę linę w dół i pozwolę ci zginąć tam razem z Gydą!

Clagg wykrzyknął coś niezrozumiałego, po czym zabrał się do pracy z nożem.

– Dziękuję – Dougal usłyszał słowa Killeen skierowane do asury.

Gyda ryknęła z drugiej strony pomieszczenia.

– Na Niedźwiedzia! Ile razy muszę zabić tego piekielnego stwora?

Dougal zajrzał w głąb mrocznej dziury. Nornijka stała przy kolumnie, przygarbiona z wyczerpania, dysząc ciężko z wysiłku, z warkoczem wojowniczki w strzępach i potem oraz krwią spływającymi po tatuażach i ubraniu. Rozbity na kawałki strażnik grobu wciąż odtwarzał się na nowo, wyciągając nowe części ze ścian i podłogi. Gyda spojrzała w oczy Dougala i po raz pierwszy zobaczył w jej wzroku prawdziwy strach: strach kogoś, kto zrozumiał, że wdał się w walkę, której nie miał szans wygrać.

Gyda uniosła swój młot i wskazała nim za Dougala, w stronę wejścia do krypty.

– Idź – powiedziała, po czym odwróciła się do prawie już odtworzonego strażnika, znowu unosząc młot.

– Gotowe! – Clagg pociągnął za linę. – Wyciągnij nas teraz! Proszę.

Dougal cofnął się do komory prowadzącej do krypty i zaparł się stopami o górny stopień. Zaczął ciągnąć linę z całych sił, podciągając ją porcjami długości ręki. Pojedynczo asura i syl­vari nie ważyli dużo, ale razem ich masa równała się wadze solidnie zbudowanego mężczyzny. Dougal pozwolił, by napędzał go strach przed bestią w dole oraz świadomość, że wkrótce wykończy ona ranną, wyczerpaną nornijkę.

Nagle dotarło do niego coś, od czego zamarło mu serce. Uderzenia młotem ustały.

– Szybciej! – zaskowytał Clagg. – On tu idzie!

Teraz Dougal usłyszał szorstkie stukanie setek kości uderzających rytmicznie o kamienne dno komory w dole, zbliżających się z każdym uderzeniem. Dougal próbował zaprzeć się mocniej, gdy nagle usłyszał krzyk Killeen, a lina szarpnęła go, pociągając z ostatniego stopnia z powrotem w stronę grobowca i dziury w dole. Zaparł się ze wszystkich sił, zrzucając do otworu kilka leżących na ziemi kości. Widział, jak spadają, podczas gdy on z każdą chwilą coraz bardziej się do otworu zbliżał.

Gdy jego stopy dotknęły krawędzi dziury, Dougal wypuścił z jednej ręki sznur i złapał się framugi drzwi. Wysiłek groził mu wyrwaniem rąk ze stawów, ale w jakiś sposób zdołał utrzymać i siebie, i linę, a po chwili, zapierając się stopami o dół framugi, ponownie chwycił sznur obiema dłońmi. Zaglądając wzdłuż liny, zobaczył wiszących na jej drugim końcu Clagga i Killeen. Asura zawiązał pętlę pod ramionami Killeen i trzymał się jej ramion tak desperacko, że jego szare zazwyczaj palce całkowicie zbielały.

Znajdujący się tuż pod nimi, spryskany krwią i mocno potrzaskany strażnik grobu chwycił nogę sylvari ręką złożoną z dziesiątek kości ludzkich kończyn. Odtwarzając się nieustannie, drugą ręką wyprowadził uderzenie w stronę Killeen i Clagga, ale częściowo tylko uformowana kończyna rozpadła się od zamachu. Dwójkę unieruchomionych wędrowców okryła chmura kostnego pyłu.

– Pomocy! – wrzasnął Clagg. – Niech cię szlag trafi, Dougal! Wyciągnij nas!

Kościany golem podniósł odtwarzającą się rękę do kolejnego ciosu, tym razem solidniejszego. Dougal rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu pomóc, czegokolwiek w jego zasięgu, czego mógłby użyć do odwrócenia uwagi, przegnania lub pokonania stwora. Zamknął oczy ze świadomością, że już po wszystkim. Nie mógł zrobić nic poza trzymaniem, dopóki jego chwyt nie osłabnie, a bestia Blimma zabije asurę i sylvari, wciągając go zaraz na dół.

Nie mógł im pomóc. Mógł jedynie z nimi zginąć. Jego dłoń powędrowała do piersi – wyczuwał pod koszulą zimny metal medalionu, pamiątkę po ostatnim razie, gdy zawiódł równie mocno, gdy samotnie uciekł z nawiedzonego miasta. Gdy zostawił przyjaciół bez pomocy.

Wiedział, co musi zrobić. Jego dłoń poruszała się dalej, niemal samodzielnie, odpinając guzik kieszeni na piersi.

W dole zagrzmiał ogłuszający trzask, odbijając się echem jak grzmot, a towarzyszył mu odgłos niczym grad uderzający w kamienną podłogę. Dougal otworzył oczy i zobaczył, że na wpół strzaskany Łamacz pokuśtykał do przodu na resztkach nóg, i wbił swoje połamane ręce w pierś strażnika grobu. Stwór Blimma puścił nogę Killeen i odwrócił się w stronę nowego zagrożenia, zostawiając sylvari i asurę kołyszących mu się nad głową. Strażnik zajął się przerabianiem Łamacza na żwir.

– Wyciągnij nas! – krzyknął Clagg.

Dougal spróbował, ale bolące ręce nie chciały współpracować. Włożył już wszystkie posiadane siły w próbę uratowania pozostałych i nic mu nie pozostało. Całej siły wymagało powstrzymywanie się od puszczenia liny.

– Nic z tego. Nie potrafię!

– Wy, ludzie! – warknął Clagg. – Jaki z was pożytek?

Dougal zamknął oczy i jeszcze raz natężył się ze wszystkich sił. Choć starał się jak mógł, nie potrafił pociągnąć liny nawet o centymetr. Krzyknął z frustracji i wysiłku, ale nic, czego próbował, nie zmieniało sytuacji. Poczuł, że koniec liny zaczyna drżeć jak szalony i uświadomił sobie, że jeśli szybko czegoś nie zrobi, wyląduje w dole razem z pozostałymi.

Jednak w chwili, gdy już prawie przekonał się, że może puścić linę, na jego nadgarstku zacisnęły się delikatne palce. Potem słodki, zdesperowany głos odezwał się upiornym szeptem:

– Dougal, pomóż mi!

Zaskoczony mężczyzna prawie puścił sznur. W czasie, gdy uwagę strażnika zajmowały pozostałości Łamacza, Killeen wspięła się do góry po linie, niosąc na plecach kurczowo trzymającego się jej Clagga.

Dougal przeniósł odrętwiałe palce z liny na rękę sylvari, a potem padł na plecy, pozwalając, by jego ciężar wciągnął Killeen i Clagga do góry.

Lekko się czerwieniąc – lub zieleniejąc – Dougal i Killeen oderwali się od siebie i wstali. Cała trójka równocześnie nachyliła się nad otworem i zajrzała do środka.

Strażnik grobu zdzielił właśnie Łamacza ostatni raz i niebieskie światło centralnego motywatora magicznego golema zamigotało i zgasło.

Clagg zawył z rozpaczy.

– Czy macie jakieś pojęcie, jak wielki kawał życia właśnie straciłem?

Jakby w odpowiedzi, kompozytowy strażnik grobu odwrócił się i wyciągnął do nich swoje ręce. Clagg odskoczył do tyłu, ale Dougal nie ruszył się z miejsca, pewien, że znajdują się poza zasięgiem potwora.

– Nienawidzę magii – rzucił Dougal. – To znaczy, jasne, wiedzieliśmy, że złapanie Oka wywoła jakąś reakcję – asura w rodzaju Blimma nie zostawiłby go tak po prostu, niestrzeżonego – ale z magią nigdy nie wiadomo, co to będzie.

Killeen oparła się o wyłożoną kośćmi ścianę korytarza, próbując przywrócić krążenie w nogach. Wyglądała jak nowo narodzone cielę próbujące po raz pierwszy wstać.

– Blimm musiał być bardzo zdeterminowany, by chronić swoją kryptę. Pilnowanie grobu przy pomocy tego rodzaju bes­tii wydaje mi się lekką przesadą.

– Idioci – prychnął na nich Clagg. – Oko Golema nie jest tylko zwykłym kamieniem. To zbliżeniowy konstrukt taumaturgiczny. Zawiera umysł konstruktu. Strażnik grobu w ogóle nie istniał do chwili, gdy pojawiliśmy się tam, by zakłócić jego spokój. Popatrzył gniewnie na Dougala. – Kiedy dotknąłeś rubinu, aktywowałeś Oko. Ono z kolei stworzyło strażnika.

Strażnik grobu uderzył pięściami w ścianę komory wprost pod nimi. Dougal widział, jak z rąk konstruktu odpadają kawałki kości. Stwór uderzał w ścianę wielokrotnie, za każdym razem tracąc kolejne elementy, aż pozostało z niego niewiele więcej niż kilka drgających czaszek, które zdawały się patrzeć na Dougala oskarżycielsko pustymi oczodołami.

– I tak przepadło wielkie dzieło Blimma – zachichotał Clagg. – A teraz Oko Golema jest moje!

Dougal zaczął się uśmiechać, ale wzbierające w nim poczucie triumfu zgasło, gdy kości wyścielające korytarz zaczęły wibrować.

Rozejrzał się wokół.

– Powiedziałeś, że rubin jest umysłem tego czegoś?

– W pewnym sensie. – Asura kiwnął głową, wciąż rozkoszując się wizją swojej zdobyczy. – Blimm zaprojektował centralną jednostkę umysłowo-impulsową, dzięki której strażnik mógłby się utworzyć z odpowiedniego materiału znajdującego się w otoczeniu. Wydawało mi się, że nawet człowiek potrafiłby to zrozumieć.

– A więc zakładając, że rubin jest nieuszkodzony, stwór mógłby się odtworzyć w dowolnym miejscu?

– Czy nie to właśnie powiedziałem, fajtłapo? – Z twarzy Clagga zniknął uśmiech. – Może się odtworzyć gdziekolwiek, gdzie będzie miał dość odpowiedniego... – Głos asury ucichł, zastąpiony narastającym grzechotem otaczających ich ze wszystkich stron kości. Clagg szerzej otworzył oczy, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział. – ...materiału – dokończył cicho, rozglądając się po wyłożonych kośćmi ścianach.

– Powinniśmy uciekać – zasugerowała Killeen.

W chwili, gdy kości zaczęły się odrywać od ścian korytarza, Dougal chwycił swoją upuszczoną pochodnię, drugą ręką złapał Killeen i zaczął biec. Nie obejrzał się, by sprawdzić, czy Clagg nadąża.

Biegli przez sale i korytarze, ciągle słysząc za sobą suchy klekot uderzających o siebie kości. Zwolnili tylko na chwilę w miejscu, w którym Killeen została zaatakowana przez pająka i jeszcze raz tam, gdzie aktywowała się wybuchowa pułapka. Dopiero gdy bez żadnych przygód znaleźli się po drugiej stronie obu sal, Dougal zarządził postój. Clagg zgiął się w pół, rozpaczliwie próbując odzyskać oddech. Killeen z wysiłku zrobiła się praktycznie cała żółta.

Przez ich rozpaczliwe dyszenie Dougal nasłuchiwał odgłosów pościgu. Nic.

– Wygląda na to, że mu uciekliśmy – stwierdził w końcu, ścierając pot z czoła.

– To niemożliwe – wydyszał asura. – Wciąż otaczają nas kości. Pokaż mi Oko.

Dougal wyciągnął klejnot z kieszeni i wysunął go w stronę asury, ale nie wypuścił go z ręki. Ogień w jego głębi zgasł i kamień sprawiał wrażenie martwego i pozbawionego życia.

– Tak jak myślałem – stwierdził asura. – Wyłączył się. Wyczerpał zmagazynowane pole malagetyczne. Z czasem może się naładować z powrotem, albo ktoś z odpowiednimi umiejętnościami – Clagg urwał na chwilę, by podkreślić, że mówi o sobie – może go aktywować ponownie. Daj mi go.

– Jeszcze nie. – Dougal zacisnął pięść.

– Zatrudniłem cię do zdobycia Oka – warknął Clagg.

– Zatrudniłeś nas – odpowiedział Dougal – żebyśmy towarzyszyli ci w wyprawie do krypt w celu odzyskania klejnotu. Jednak wciąż jesteśmy w kryptach. Oddam ci go, gdy bezpiecznie wyjdziemy na zewnątrz i, pozwolę sobie dodać, otrzymamy zapłatę. – Po tych słowach Dougal bardzo teatralnymi gestami umieścił klejnot z powrotem w kieszeni na piersi.

Tylko że tym razem tak naprawdę zachował go w dłoni.

Clagg otwarł usta, by zbluzgać Dougala, ale popatrzył na uśmiechniętą twarz człowieka, burknął coś pod nosem i ruszył w kierunku Bramy Czaszek i światła dnia.

– Myślisz, że spróbuje cię oszukać – odezwała się Killeen. To było stwierdzenie, nie pytanie.

Dougal kiwnął głową.

– Zdecydowanie. No, najprawdopodobniej. Lepiej się zabezpieczyć. – Popatrzył na sylvari, która odpowiedziała nieco zagadkowym spojrzeniem. Odkaszlnął i ruszył za asurą.

Brama Czaszek, główne wejście do krypt pod Boską Przestrzenią, nazywała się tak z powodu długiego tunelu, którego ściany wyłożono lakierowanymi czaszkami zmarłych. Pochodziły one od niezliczonych ofiar, których ciała zostały zatopione wraz z Orr, a potem razem z miastem ponownie wyłoniły się z otchłani na rozkaz smoka. Dougal pomyślał o uwolnieniu w tym miejscu mocy Oka Golema i zadrżał.

Przed sobą, za rogiem, widział już światło dnia. Byli długo pod ziemią, więc choć miedzy wysokimi murami budynków przy głównych ulicach miasta zalegały głębokie cienie, to po tak długim czasie spędzonym w podziemiach nawet odrobina światła dziennego stanowiła miłą odmianę.

Clagg zniknął za rogiem i błyskawicznie powrócił, biegnąc – tak szybko, że wpadł wprost w Dougala i przewrócił go impetem uderzenia.

Dougal poczuł, jak drobne palce sięgają do jego koszuli, jednak zamiast klejnotu asura złapał zamknięty złoty medalion zwisający z łańcuszka na szyi Dougala.

Mężczyzna wyciągnął wolną rękę i wyrwał medalion z dłoni zmieszanego asury.

– Wezmę to, dziękuję – rzucił. – Co się dzieje?

– Straż miejska – wyjaśnił Clagg, dochodząc do siebie. – Serafini. Musimy poczekać.

– Pokaż – odpowiedział Dougal.

Ostrożnie podeszli do rogu. Wejście do krypt nie było zabronione, ale wymagało wypełnienia odpowiednich formularzy i uzyskania przepustek. Oczywiście nie mieli niczego takiego. Spotkanie teraz Serafinów byłoby kiepskim pomysłem.

Clagg zatrzymał się przy rogu i wyjrzał na zewnątrz. Dougal nachylił się ponad nim, opierając dłoń z klejnotem na jednej z czaszek.

Asura nie kłamał w sprawie strażników. Opancerzeni w solidne białe zbroje o złotych zdobieniach Serafini pełnili funkcję straży miejskiej Boskiej Przestrzeni oraz armii Kryty. Dougal pomyślał, że nie powinni byli zbierać się w tak dużej liczbie na placu przed Bramą Czaszek. Nie wyglądali, jakby byli w stanie podwyższonej gotowości, nie sprawiali też wrażenia, jakby czekali na ich grupę, ale mocno poobijani asura, człowiek i syl­­vari pokryci kościanym pyłem i wychodzący wprost na plac z krypty z pewnością zostaliby zatrzymani w celu przesłuchania. Przesłuchania, które niewątpliwie zrobiłoby się nieprzyjemne po odkryciu Oka Golema.

Dougal wsunął Oko głęboko w oczodół najbliższej lakierowanej czaszki. Nie była to najlepsza kryjówka, ale jedyna, jaka przyszła mu w tej chwili do głowy.

– To co, masz jakiś plan, człowieku? – zapytał Clagg.

– Dajcie spojrzeć – odezwała się Killeen. – Jakiś problem? Sylvari wspięła się na plecy Dougala, by wyjrzeć nad nim, opierając w tym celu wąską, obutą stopę o tył jego paska.

Wbrew sobie Dougal strząsnął ją i odwrócił się do niej szybko.

– Co ty robisz? – odezwał się ostro. – Czy ta sytuacja nie wygląda już dość fatalnie?

Sylvari skuliła się od słownego ataku, a Dougal przełknął słowa, które zamierzał jeszcze wypowiedzieć. Odwrócił się z powrotem do asury, dominując nad nim.

– Plan wygląda tak: poczekamy.

Wyraźnie rozzłoszczony i zmęczony Clagg potrząsnął głową.

– A co będzie, jeśli prowadzą kontrolę krypt?

– Wtedy jedno z nas wyjdzie tam i ściągnie na siebie ich uwagę. Potem spotkamy się znowu w celu podziału łupu.

– Dougal... – odezwała się Killeen.

– Mówiąc „jedno z nas” masz na myśli mnie lub sylvari, prawda? – wypluł Clagg.

– Jeśli chcesz, pójdę pierwszy – odciął się Dougal, patrząc na asurę z rosnącą złością. Przeszli przez zbyt wiele, by kończyć teraz to wszystko głupią kłótnią.

– Dougal... – powtórzyła Killeen.

– Żebyś mógł wcisnąć swoim ludzkim przyjaciołom jakąś cwaną gadkę, ulotnić się i zostawić nas tutaj na ich pastwę? – warknął Clagg.

– Nie możemy wyjść wszyscy razem! – prawie krzyknął Dougal. – Wtedy złapią nas wszystkich.

– Dougalu Keane! – stanowczo odezwała się Killeen.

– Co? – warknął Dougal, znowu odwracając się w jej stronę. Tym razem się nie skuliła.

– Mamy towarzystwo – wyjaśniła Killeen.

Dougal podniósł wzrok i popatrzył wzdłuż wyciągniętej klingi porucznik Serafinów. Za jej plecami stali dwaj kolejni Serafini, również z bronią w rękach.

– Dougalu Keane, bo chyba tak właśnie zostałeś nazwany – odezwała się porucznik. – Ty i twoi przyjaciele jesteście aresztowani. Chodźcie z nami.