122

396
103
83
Publiczne serwery głosowe Sygnatury Jaka jest twoja historia? Generator buildów Luna Atra Pobierz Klienta Gry Wymagania sprzętowe GW2
{https://account.arena.net/register?alt=gw2} Sygnatury Oferta Domen Publiczne serwery głosowe

Dzień Europejskich Fanów 2012

Sprawozdanie z wydarzeń, jakie miały miejsce 2-3 kwietnia 2012 w Brighton, w Wielkiej Brytanii, gdzie przedstawiciele ArenaNet oraz NCSoft gościli u siebie grupę ludzi prowadzących strony fanowskie Guild Wars 2 na terenie całej europy.

Spis treści

Dzień Pierwszy

Dzień Pierwszy c.d.

Wideokonferencja

Wideokonferencja c.d.

Dzień Drugi


Dzień Pierwszy

Wczoraj dobiegł końca EU Fan Day w Brighton, w Wielkiej Brytanii, a ja, choć naprawdę chciałem, jednak uległem pokusie krzyczącego do mnie łóżka, postanawiając zostawić sobie opisanie całej zabawy na następny dzień. Wybaczcie, że nie rzuciłem się do komputera zaraz po przylocie, ale mam nadzieję, że gdy poczytacie o tym, co się takiego działo, przez ostatnie dwa dni, będziecie w stanie mi wybaczyć.

Całe szczęście, że w sobotę nie spędziłem zbyt dużo czasu na prokrastynacji w internecie, jak to mam w zwyczaju w weekendy, ale przezornie położyłem się spać jeszcze przed północą, gdyż budzik, kat nie mający litości, zadzwonił dokładnie o godzinie 4 rano. Gdyby nie kuksańce Em i jej wrzaski, że spóźnię się na samolot, to chyba nic by z tego wyjazdu nie wyszło. Nic to – śniadanie do plecaka, torba na ramię, telefon po iCara i za niecałe 30 minut byłem już na lotnisku w Krakowskich Balicach. Są jednak pewne plusy podróżowania pierwszym lotem danego dnia – nie ma absolutnie nikogo, kto stał by w kolejce przed wami. Tak więc szybka odprawa, książka do ręki i czekamy na otwarcie bramek. W samolocie krótka drzemka, i już o 7 rano lądowanie... na Warszawskim Okęciu.

Pierwszy etap podróży zakończony, trzeba by się w takim razie skontaktować z współtowarzyszem tej komunikacyjnej niedoli, Killianem, który podobnie jak ja, został zaproszony na to radosne spotkanie, jako przedstawiciel GuildWars2.com.pl, a którego całkiem prywatnie, znam z wspólnego bytowania w WAFPie. No więc dzwonię, acha, jeszcze w kolejce, to ja sobie usiądę, jak Cię przepuszczą to szukaj gościa w kapeluszu. Oj trochę to trwało, zanim go wreszcie przepuścili, ale co tam, mam jeszcze trochę zaległości w lekturze. O 7:50 start kolejnego lotu Lotem, pogawędka o starych, dobrych czasach, oczekiwaniach, nadziejach, i ogólnym zastanawianiu się „jak to wszystko wypadnie” aż wreszcie jeden z nas padł, a drugi wyłączył wyższe stany umysłowe pogrążając się w lekturze.

Lądowanie w Londyńskim Heathrow powitałem chyba z lekka ulgą – jakoś nie przepadam za lotniskami, i całą tą zabawą w rewidowanie wszystkiego i wszystkich. A gdy już zaczynaliśmy zastanawiać się, jak znajdziemy naszego kierowcę, Micka, dzwoni mój telefon. Hello? Yes? - dzwoni... Rob, okazało się, że dostaliśmy innego kierowcę – całe szczęście, że dość łatwo się z nim skontaktowaliśmy i odnaleźliśmy. Po chwili już gnaliśmy do zupełnie innego terminalu, aby zgarnąć jeszcze Chrisa, który przyleciał z Aten. Jak się okazało, on tez nie musiał długo na nas czekać – tego dnia wszystkie loty na Heathrow były lekko opóźnione.

Droga do Brighton przebiegała prawie bez przygód – wypadek po drugiej stronie autostrady (tak, po tej właściwej stronie, którą Brytyjczycy uważają za „złą”) zgodnie stwierdziliśmy, że mamy szczęście, sami mogliśmy utknąć w ponad kilometrowym korku. Godzinkę później jest już po wszystkim, dookoła zielona trawka, małe, angielskie domki, i wciąż słoneczna pogoda. W centrum już może nie tak uroczo, jak na przedmieściach, ale za to na niebie krążą mewy, a na ścianach – naprawdę interesujące graffiti (możecie je zresztą zobaczyć na zdjęciach).

Pożegnaliśmy Roba pod hotelem Jury's Inn, po drobnej przygodzie pod tytułem „nie ma pana na liście, chyba, że się pan sam znajdzie. A faktycznie jest pan, tylko ktoś w polu nazwisko wpisał imię i vice-versa”, odebraliśmy klucze na recepcji. Teraz jak się włącza tą windę? Ach, no tak, przecież dopiero co dostaliśmy karty, piąte piętro, przestronny, przytulny pokój a ja nie muszę już taszczyć ze sobą laptopa. Po kilku chwilach, odświeżeni i gotowi na nowe wrażenia oraz spotkanie zresztą zaproszonych delegatów, spotkaliśmy się na recepcji.

Łącznie zaproszonych przedstawicieli jest 24 – oprócz Killiana i mnie na liście gości mamy 6 osób z Francji, 5 z Niemiec, 4 z Hiszpanii, 4 z Anglii, 2 z Beneluxu i 1 z Włoch. Jako, że przekorne ze mnie zwierzę, nie napiszę Wam niczego o tajemniczej kobiecie w rudych włosach, popracujcie sobie sami nad zbieraniem takich informacji :). Zaraz też przywitała nas, jak zwykle zabiegana, Melanie Corolleur, osoba odpowiedzialna za kontakty z francuskojęzycznym community z ramienia NCSoftu - w czerwonej bluzie z logiem GW2 na plecach i z ogromną teczką papierów w objęciach. Jeśli ktoś z Was miał jeszcze jakieś złudzenia to ten moment rozwieje je wszystkie – podpisaliśmy NDA (Non Disclosure Agreement – umowę o poufności), tak więc żadne niepożądane informacje i materiały nie mogą zostać przez nas opublikowane. Wybaczcie chłopcy i dziewczęta – nie będzie nowych screenów z gry.