122

396
103
83
Publiczne serwery głosowe Sygnatury Jaka jest twoja historia? Generator buildów Luna Atra Pobierz Klienta Gry Wymagania sprzętowe GW2
{https://account.arena.net/register?alt=gw2} Sygnatury Oferta Domen Publiczne serwery głosowe

Winniczka w Queensdale

Minęło dwieście pięćdziesiąt lat od Spopielenia Askalonu.

Aaron wciągnął powietrze w płuca. Nic nie działało na niego lepiej niż świeże wiejskie powietrze. Nie przeszkadzała mu nawet nutka krowiego łajna, niby nieznaczna, a jednak dająca o sobie znać.

To miała być tylko luźna dyskusja o układach handlowych, jakie wkrótce czekać miały pięć największych gildii kupieckich w Krycie. Wszystkie miały siedzibę w Divinity's Reach, ale spotkanie zarządzono w prywatnej willi przywódcy największej z nich. Pozostałe cztery wysłały przedstawicieli, co sprawiało idealną okazję dla Aarona.

Około południa zaczaił się w krzakach. Przejeżdżał tamtędy powóz z przedstawicielem jednej z gildii. Aaron wyprostował się i wyszedł na drogę dostojnym, powolnym krokiem. Nosił zieloną, aksamitną szatę - charakterystyczną dla kryteńskiej szlachty - z futrzanym kołnierzem i szerokimi rękawami, spod których wystawały małe koronkowe mankiety. Stąpał po gościńcu w wysokich skórzanych butach. Na ręce założył rękawiczki – na grzbiecie dłoni białe, a na jej wewnętrznej stronie purpurowe. Całość stroju dopełniał zielony kaszkiet. Nikt nie mógł dokładnie dostrzec twarzy, ponieważ połowa zasłonięta była przez najprostszą karnawałową maskę z kości słoniowej. Widoczne były jedynie zielone oczy oraz zawadiacki uśmieszek, podkreślony małym wąsikiem i bródką. Aaron co trzeci krok podpierał się hebanową laską o pozłacanej rączce. Stanął pośrodku drogi nieruchomo i czekał.

Zaniepokojony woźnica zatrzymał powóz i wychylił się ze swojego miejsca.

- Panie! Ktoś stoi na drodze!

- Co takiego?! - odezwał się głos z wnętrza powozu. - Co to za bzdury?!

- Normalnie! Stoi na drodze!

Skrzypnęły małe drzwiczki z jedwabnymi zasłonkami i na gościniec wyszedł przedstawiciel gildii kupieckiej. Aaron wytężył wzrok i z ulgą stwierdził, że ubrania mają odpowiedni rozmiar.

- Kim jesteś? - spytał kupiec.

Aaron odetchnął głęboko. Z wykształcenia był elementalistą, jednak w młodych latach pałał chęcią studiowania mesmerskich sztuk i czynił przygotowania do zostania iluzjonistą. Chociaż praktyka podwójnej profesji dawno w Tyrii zanikła, to on, Aaron Craffword, potrafił opanować zarówno ludzki umysł, jak i cztery żywioły. Teraz musiał się skupić, bo zaklęcia mesmerów nie przychodziły bez trudu. Gdy nosi się jako naszyjnik kamień żywiołów, to inna magia niż moc natury nie ima się człowieka tak łatwo. Aaron oblizał spieczone wargi. Proste zaklęcie. Zaledwie trzysylabowe. Trzy sylaby, dyskretnie wyszeptane, zmieniły jego głos na bardziej metaliczny. Przemówił do kupca.

- Oddaj mi swój powóz, woźnicę i ubrania.

- Chyba kpisz! - parsknął kupiec. Był jednak lekko zaniepokojony nienaturalnym głosem obcego.

Aaron uniósł dłoń i zacisnął ją w pięść. Dookoła wozu i kupca buchnęła ściana ognia, dokładnie w miejscu uprzednio zakreślonym końcówką hebanowej laski.

- Rób, co mówię! - ryknął Aaron.

- Tak, tak... - kwiknął spanikowany kupiec.

Po przebraniu się w jego ubrania, Aaron nakreślił laską w powietrzu dwa szybkie znaki. Ściany ognia zgasły, zasnuwając okolicę gryzącym dymem. Następnie woda ze stojących nieopodal olbrzymich nawadniaczy pól zebrała się w jedną wielką falę, która dotarłszy do kupca stworzyła dookoła niego wir i zaczęła zamarzać. Kupiec z unieruchomionymi nogami zaczął błagać o litość Aarona, ale woda wnet spowiła mu pierś, szyję i w końcu przedstawiciel gildii kupieckiej zastygł w lodowej bryle, z ohydnym grymasem na twarzy. Teraz zaklęcie kontrolujące umysł. To kolejna z trzech mesmerskich umiejętności, którą zdążył opanować Aaron. Mag odpowiednio splótł palce i wysłał energetyczny impuls w stronę woźnicy. Usłyszał strzelenie biczyka i powóz ruszył dalej gościńcem. Aaron zamknął drzwiczki z jedwabnymi zasłonkami i opadł ciężko na wyłożone aksamitem siedzenia.

Westchnął i pochylił się ku otwieranej skrytce naprzeciwko niego. W środku znalazł czerwone wino, jeszcze sprzed Spopielenia, które przybyło do Kryty najprawdopodobniej razem z uchodźcami z Askalonu. Butelka była oklejona pergaminem, a na nim, pochyłym staroaskalońskim pismem, wykaligrafowane były słowa, których Aaron nie mógł odczytać. W tym starym języku posługiwali się jedynie mędrcy, a znaczenie poszczególnych słów zaczynało blednąć. Mag pokręcił głową. Możliwe, że dlatego, iż wywodził się ze starej askalońskiej rodziny i żałował, że nie zna pisma i języka swoich przodków. Jednak przede wszystkim kręcił głową dlatego, że nie mógł skosztować tego wina przed wykonaniem swojej pracy. Ale później... czemu nie? Chwycił swoją hebanową laskę i zakręcił nią gwałtownie wokół butelki. Dookoła wina zmaterializowały się kostki lodu. Aaron uśmiechnął się półgębkiem, zamknął schowek i dopiero teraz zdjął maskę z kości słoniowej oraz beret – symbole tajnej organizacji, do której należał.

Pół godziny później zajechał do willi. Wysiadł z powozu, podziękował woźnicy i kazał mu odstawić konie do stajni. Sam został zaprowadzony przez dwóch lokajów w liberiach do pokoju gościnnego, w którym czekali już pozostali członkowie zebrania. Brakowało tylko dwóch osób – w tym Aarona. Wszyscy stali dookoła stołu, gdyż właśnie trwał aperitif. Mag dołączył do nich, przyjmując od służącego kieliszek białego wina. Rzucił okiem na zastawiony przekąskami stół i skosztował orzeszków ziemnych.

- Smakuje panu? Są sprowadzane z południa kraju – powiedział wysoki jegomość z fantazyjnie zakręconym wąsem i śmiesznie przyczesaną grzywką. Aaron odniósł jednak wrażenie, że uwaga o tym ostatnim nie byłaby politycznie poprawnym posunięciem. Przez kilka tygodni studiował kontakty największych gildii w Krycie, podsłuchiwał ich najważniejsze osobistości i zaznajomił się z całym kupieckim światkiem. W człowieku, który właśnie zagaił rozmowę, mag rozpoznał przywódcę najważniejszej gildii handlowej w kraju, a więc i właściciela willi oraz organizatora tego spotkania, Oliviera O'Doherty'ego. Zapewne wiązał on jakąś przyszłość z gildią, pod której przedstawiciela podszywał się Aaron. Mag postanowił dać się wciągnąć w rozmowę, ale cały czas obserwował otoczenie i starał się skupić na swoim zadaniu.

- Wyborne – odpowiedział – zastanawiam się tylko, czemu zawdzięczają tak niespotykany aromat. Jadłem wiele orzechów, zwłaszcza tych południowych i nigdy nie napotkałem tak subtelnego smaku.

- To orzechy najwyższej klasy, hodowane w posiadłości pewnego mojego znajomego, który nimi nie handluje. Zgodził się przekazać mi kilka worków w geście przyjaźni. A trzeba panu wiedzieć, że on niechętnie rozdaje dobra ze swych ziem. Wino, które teraz pijemy, również zawdzięczam tej znajomości. Nigdzie w całej Tyrii nie spotka pan takich rarytasów.

- Pański przyjaciel wie, co robi, nie rozdając win i orzechów na wszystkie strony. Mnie również ciężko byłoby podzielić się takim smakołykiem.

Jego rozmówca roześmiał się uprzejmie i kontynuował rozmowę:

- Jest pan amatorem win?

- Owszem – Aaron powąchał przezroczystą ciecz, przechylił kieliszek, pokręcił nim wokół jego osi i obejrzał pod światło. Następnie pociągnął łyk napoju i przez chwilę smakował go w ustach. Przełknął.

- I jak? - spytał organizator spotkania, starając się ukryć zniecierpliwienie. Aaron wiedział, że nic nie ryzykuje, wylewając cały potok pochlebstw na temat trunku, który ewidentnie napawał właściciela dumą.

- Fascynuje mnie to, że smak tego wina odczuwalny jest do końca przełyku - Aaron wymieniał wszystkie określenia, jakich używał jego mentor, nie zważając, czy pasują one do sytuacji. - Zachwyciła mnie bogata końcówka i muszę przyznać, że wyraźnie czuć tu indywidualne piętno producenta. Wino pana przyjaciela to prawdziwy skarb.

- Doprawdy? - spytał O'Doherty. Uśmiech cisnął mu się na usta.

- Absolutnie – Aaron pociągnął nosem. - Owoce cytrusowe, mięta, rozmaryn – mruczał niby do siebie, robiąc na Olivierze coraz większe wrażenie. Pociągnął jeszcze jeden łyk i uśmiechnął się do rozmówcy, sięgając po kolejny orzeszek ziemny.

Wtedy do sali weszła jakaś kobieta we wspaniałej wieczorowej sukni, błyszcząc do wszystkich złotymi kolczykami. Najbardziej urzekające były w niej długie blond włosy. Miała ładną figurę i dostojny krok. Aaron przełknął orzeszek, nie odrywając wzroku od przybyłej. Słyszał już o niej, ale nie spodziewał się, że zrobi na nim takie wrażenie. Znana była wśród kupców ze swej piękności, rezolutności i zaradności. Przed Aaronem stała Adelina Greenshouse, a przynajmniej tak się Aaronowi wydawało.

- Witamy! – Olivier zaraz rzucił się w kierunku nowego gościa, a Aaron zyskał okazję, by wykrzywić się z niesmakiem i wylać wino do porcelanowej umywaleczki przy ścianie.

Lokaj w liberii wcisnął Adelinie kieliszek z tym samym alkoholem, na widok którego Aaron się wzdrygnął. Mag sięgnął po kolejne orzeszki ziemne. Odczuwał ohydny posmak kminku.

- Witam i przepraszam za spóźnienie – odparła Adelina, podchodząc do stołu.

Aaron mylił się. Po tym jak O'Doherty rzucił się w kierunku gościa, mag domyślił się, że to właśnie z tą gildią przedsiębiorca wiąże swe wielkie plany. Aaron nawet zasmucił się przez chwilę, ale zaraz potem skupił się ponownie na swoim zadaniu, chociaż widok Adeliny nieco go rozpraszał.

Zadanie polegało na zidentyfikowaniu bandyty. Informacje, jakimi Aaron dysponował były znikome. Jeden z przedstawicieli zostanie napadnięty w drodze na spotkanie, a jego miejsce zastąpi jeden z bandytów. Mag rozpoczął obserwację otoczenia.

Tylko dlatego, że kiedyś wychowywał się na mesmera, wyczuwał iluzję. Nie był dostatecznie wprawiony w mesmerskim rzemiośle, a zatem nie wiedział, kto dokładnie tę iluzję wytwarza, ani czego ona dotyczy.

Wkrótce zasiedli do długiego stołu i podano pierwsze danie. Aaron zauważył ze zdziwieniem, że Adelina położyła na stole przed sobą długą, srebrną łyżkę.

Jeden z obecnych na spotkaniu wyraził swój zachwyt nad zdobieniami stołu, przy którym jedli. Mebel był bowiem wykonany metodą intarsji. Olivier O'Doherty zaczął mówić coś o jego przyjacielu w Vabbi, a Aaron po raz pierwszy zwrócił uwagę na jegomościa, który zachwycał się stołem. Nie było w nim nic niezwykłego, oprócz oczu. Białka miały zielonkawy odcień, a źrenice zwężone były jak u kota. Aaron Crafword wszędzie rozpoznałby oczy nekromanty. Ale najgorszy był fakt, że te oczy spojrzały teraz na niego i wydało mu się, że gadzi wzrok przenika go i lustruje jego umysł. Aaron złapał się za głowę i przymknął oczy, przerywając kontakt wzrokowy pod pretekstem zawrotów głowy, zresztą nie udawanych. Skoncentrował się na obserwacji innych osób. W końcu bandyci nie zajmowali się na ogół wskrzeszaniem zmarłych czy przywoływaniem plag, więc Aaron stwierdził, że to nie jest jego cel. Czy nekromanta nie może być kupcem?

Bardziej fascynowała Aarona Adelina Greenshouse. Mag skupił się na niej, gdyż była jedyną osobą, której do tej pory nie obserwował. Była także osobą, którą najmniej podejrzewał. Xaczął obserwować piękną kobietę i wtedy właśnie się zawiódł. Nie dbała przesadnie o maniery i nie onieśmielała wszystkich uśmiechem, z którego tak słynęła. Zamiast tego zachowywała się nienaturalnie i była zbyt milcząca, jak na dyplomatkę. Unikała wzroku wszystkich i koncentrowała się na piciu Kintajskiego czerwonego wina, jakie podano do drugiego dania. Od czasu do czasu dyskretnie spoglądała w stronę nekromanty podejrzliwym wzrokiem. Gdy ukrywała pod suknią naszyjnik, Aaron przyjrzał się jego kształtowi. Był to owalny, różowy wisiorek, na którym widniał ciemnofioletowy znak – ręka z piętnem w kształcie spirali - pradawny symbol mesmerów.

Aaron odpowiednio splótł pod stołem palce i wykorzystał ostatnie mesmerskie zaklęcie, jakie znał – falę rozpoznawczą. Elementalista zerwał się z miejsca, wysyłając w kierunku Adeliny energetyczny impuls, który rozszedł się jak fale radiowe i rozmył powietrze. Mag nie mylił się. Pod Adelinę podszywała się jakaś mesmerka i to właśnie ona wytwarzała tę iluzję, którą Aaron wyczuwał.

Mag porwał swoją hebanową laskę i wycelował jej pozłacaną rączką w kierunku „Adeliny”. Ale ta, o dziwo, nie zwróciła na to uwagi i chwyciła przyniesioną przez siebie srebrną łyżkę - która w błysku fioletowego światła zmieniła się w różdżkę - i uniosła ją przed siebie. Aaron podążył wzrokiem za różdżką i stwierdził, że mesmerka celowała w nekromantę, który z kolei wyciągał ku Aaronowi srebrne berło. Pozostali członkowie zebrania podskoczyli, wystraszeni. Olivier O'Doherty schował się za zdobionym krzesłem, sprowadzonym z państwa Kurzicków.

Czarodzieje spojrzeli po sobie.

- No dobra – zaczęła mesmerka. - Który z was ma konszachty z bandytami?

- Ja nie – odparł nekromanta spokojnie.

- Mógłbym was zapytać o to samo – dodał elementalista.

Usłyszeli szybkie kroki i w drzwiach do salonu stanął zdyszany lokaj w przekrzywionej liberii.

- Straż! Straż! - krzyknął na widok celujących do siebie nawzajem magów. Chciał ruszyć biegiem przed siebie, ale „Adelina” syknęła szybkie zaklęcie. Z jej różdżki wystrzelił strumień fioletowego blasku, który trafiając w lokaja unieruchomił go całkowicie w chmurze różowego pyłu.

- Szlag! - krzyknął nekromanta.

Do pokoju, wszystkimi czterema drzwiami, biegiem wpadli strażnicy w lekkich pancerzach. Dobywając mieczy i wymachując buławami rzucili się na czarodziejów. Mesmerka uwolniła lokaja, który uciekł z kwikiem. Następnie kobieta wyszeptała jakieś zaklęcie i pękła, tworząc pięć własnych klonów, które rozbiegły się po komnacie i zaczęły strzelać do straży kulami energii. Nekromanta wycelował berłem w nadchodzących zbrojnych, którzy poklękali i zaczęli się krztusić, wyziewając zielonkawy dym. Aaron poruszał palcami u ręki. Kostki chrupnęły niemiło. Mag uśmiechnął się półgębkiem i zaczął przedstawienie.

Wszystkie płomyki z olbrzymiego żyrandolu zebrały się tuż nad jego ręką, tworząc ognistą kulę, która zaraz wystrzeliła w jednego ze zbrojnych, podpalając go. Aaron jednym machnięciem hebanowej laski zamroził dwóch nadbiegających strażników. Ostatniego zbrojnego poraził prądem. Strażnik uniósł się nad ziemię, skowycząc z bólu i drgając, a potem gruchnął o posadzkę. Płonący zbrojny wybiegł z wrzaskiem z sali i na chwilę zapanowała cisza. Potem czarodzieje ponownie popatrzyli po sobie i rozejrzeli się po zdemolowanym pomieszczeniu, z którego Olivier O'Doherty zdążył uciec. Elementalista dopiero teraz przyjrzał się mesmerce. Miała kruczoczarne włosy i piękne oczy. Ubrana była w płaszcz do kolan z dwoma rzędami guzików i wbrew pozorom wydała się elementaliście atrakcyjniejsza od Adeliny Greenshouse.

Aaron ruszył szybkim krokiem do wyjścia.

- Dokąd idziesz? - krzyknęła za nim mesmerka.

- Na spotkanie z panem Olivierem.

Cała trójka zbiegła schodkami do piwnic. Przy kamiennych, wilgotnych ścianach poustawiane były beczki. Tu i tam wnętrze rozświetlały latarenki, a od czasu do czasu po lodowatej ziemi przebiegały szczury. Aaron szedł przed siebie, oświetlając sobie drogę płomieniem unoszącym się kilka cali nad jego dłonią. Środkiem jednego z korytarzyków płynął niewielki strumień. Mesmerka i nekromanta podążali za Aaronem w milczeniu widząc, że zna się na swoim fachu i naprawdę dużo wie o tego typu operacjach.

Aaron wybrał jeden z najbardziej zabłoconych korytarzy, a mesmerka w ostatniej chwili powstrzymała się od gwałtownego protestu, gdy nad jej głową przeleciały nietoperze, a ona sama wdepnęła w dość głęboką kałużę i zabrudziła skórzane spodnie po kolana. Szli dalej, kierując się śladami w błocie, aż dotarli do podziemnej rzeki.

Zbudowana była tam mała przystań, do której zacumowana była łódź z latarenką na dziobie. Olivier O'Doherty podniósł się znad kilku skrzyń i beczek. Obok kupca stało kilku bandytów. Ubrani byli w purpurowe stroje i dzierżyli sztylety oraz czarnoprochowe strzelby. Na widok czarodziejów wszyscy na raz wypalili, ale kule ugrzęzły w ochronnej bańce autorstwa pięknej, choć nieco ubłoconej mesmerki. Aaron puścił się biegiem wzdłuż podziemnej rzeki, znikając w chmurze białego dymu karabinowego, który zasnuł jaskinię. Oślepieni bandyci nie widzieli nawet siebie nawzajem. Nagle jeden z nich ujrzał wychodzącą z dymu mesmerkę. Szybkim ruchem zatopił sztylet w jej brzuchu, ale mesmerka dziwnie zafalowała, po czym zniknęła, a bandzior usłyszał za sobą jej łagodny głos:

- Pomyłka.

W chwilę później zbój padł, rażony kulą energii. Nekromanta zaś powoli wysysał energię życiową kolejnego bandyty. Gdy w końcu zabitych zostało trzech przestępców, mesmerka znów utworzyła ochronną bańkę wokół siebie i nekromanty. Dym rozwiał się, a strzelby zostały przeładowane, więc bandyci ponownie oddali salwę z muszkietów. Nekromanta uniósł się kilka stóp nad ziemię, zakrzywił palce, przymknął gadzie oczy. Trzy trupy scaliły się w jeden, co nie było zbyt miłym widokiem, zwłaszcza że proces gnilny gwałtownie przyspieszył i kości łączyła ze sobą tylko gruda nadpsutego mięsa. Olbrzymie łapy ożywieńca zakończone były długimi palcami, a w miejscu ramion stwór miał dwie czaszki. Trzecia, należąca kiedyś do ostatniego bandyty, spoglądała na pozostałych zbójców oczodołami, z których błyskało zielone światło. Potwór wydał z siebie nieludzki ryk.

Tymczasem Aaron biegł dalej, starając się dogonić łódź. Gdy w końcu tego dokonał, Olivier chwycił podręczny pistolet skałkowy i wycelował nim w maga. Aaron jednak w porę uderzył kupca falą skondensowanego powietrza, a przedsiębiorca prawie wypadł za burtę. Następnie elementalista zamroził rzekę. Powolnym krokiem wszedł na zamarzniętą taflę i podszedł do kupca. Trzykrotnie poraził go małym ładunkiem elektrycznym, a Oliver opadł ciężko o pokład łodzi, krzycząc z bólu. Spojrzał przerażony na Aarona. Ten nachylił się nad nim.

- I co? - spytał. - Opłacało się mieć konszachty z bandytami?

- Aż do teraz tak – odparł Olivier drżącym głosem. Aaron zaśmiał się.

- Muszę przyznać, że nieźle się maskowałeś. Nie poznałem cię aż do momentu, w którym uciekłeś z sali.

- Co ze mną teraz zrobisz?

- Zabiję cię.

Olivier D'Oherty gwałtownie kopnął elementalistę w krocze, wstał, uniósł miecz. Aaron wiedział, że nie zdąży się zasłonić. Oczy kupca płonęły nienawiścią. I nagle Olivier zastygł w chmurze fioletowego pyłu. Elementalista odwrócił głowę. Mesmerka uśmiechała się do niego.

- Skończ z nim – kiwnęła głową.

Aaron wstał. Wzrok Oliviera wędrował za nim, bo tylko jego oczy były zdolne do ruchu. Elementalista westchnął.

- Przed śmiercią wiedz jedno – rzekł. - Wino od twojego przyjaciela to najgorszy sikacz, jaki kiedykolwiek piłem.

Aaron uniósł hebanową laskę i splótł palce w odpowiednim geście. Wykonał serię tajemnych ruchów, a głazy wyrwały się z kamiennych ścian i obudowały kupca, który za późno odzyskał możliwość poruszania się. Ściany z głazów zaciskały się, a kupca raził prąd, potem Olivier zamarzł, kamienie zmiażdżyły go. Na koniec Aaron wykonał ostatni, gwałtowny gest i cała mozaika eksplodowała, plując naokoło magmą.

- Pełen serwis – uśmiechnął się elementalista.

Woźnica zajechał na dziedziniec dworku i do karocy wsiadł nekromanta, a po nim mesmerka z niewielką pomocą Aarona, który wszedł na końcu. Zamknęły się drzwiczki z jedwabnymi zasłonkami i wszyscy troje usłyszeli strzelenie biczyka. Powóz ruszył.

- To do jakiej organizacji należysz, Adelino? - zapytał mag.

- Nie mogę powiedzieć.

- Ja również nie – dodał nekromanta.

- I ja również – kiwnął głową Aaron. - A zatem wszystko jasne. Wysiądziemy w Sharemore i każde pójdzie w swoją stronę.

Przez chwilę panowała cisza, którą po jakimś czasie przerwał Aaron.

- Ale zdaje się, że pomogliśmy sobie nawzajem – powiedział otwierając skrzyneczkę. - Może ktoś z was ma ochotę skosztować naprawdę dobrego wina? - spytał i z uśmiechem wyjął ze schowka Askalońskie wino sprzed Spopielenia.

ShuShan